Artykuły:
Oceń ten artykuł:

Spotkanie z ... - Hubert Robaszek
11.09.2009 11:57 || Wersja do druku :: Spotkanie z ... - Hubert Robaszek
Średnia ocena: 0 (głosów: 0)
Czytany 1036 razy


Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, zapraszamy do lektury wywiadu, jakiego udzielił serwisowi KSZO.net.pl pomocnik ostrowieckiego zespołu - Hubert Robaszek.

>>Fotogaleria ze spotkania z zawodnikiem<<

Urodziłeś się w Piotrkowie Trybunalskim, stąd określenie „grupa piotrkowska”, które często słychać w KSZO?

- To jeśli się nie mylę wymyślił Brasil (Łukasz Matuszczyk przyp. red.) , bo obydwaj pochodzimy z Piotrkowa Trybunalskiego. Trochę to jest paradoksalna sytuacja, bo jeśli chodzi o piłkę seniorską, to pierwszy raz gramy ze sobą w jednej drużynie właśnie w KSZO. Kilka razy byliśmy blisko, ale nigdy nam się nie udało.

A przeciwko sobie zdarzyło się?

- Przeciwko sobie zagraliśmy chyba raz, w meczu sparingowym. Ja wtedy pierwszy raz byłem w KSZO, a Łukasz grał wtedy w Ceramice Paradyż.

Łukasz Matuszczyk to taki dobry duch drużyny.

- Brasil ma takie usposobienie, że jest skory do żartów i zawsze można się pośmiać. W sumie nic poważnego mi jeszcze nie wykombinował, ale prawda jest taka, że w szatni trzeba być czujnym jak ważka, bo można nie znać ani dnia ani godziny.

Zawsze tak było?

- Z tego co pamiętam, to Brasil od dziecka taki był. Zawsze czy to spotykaliśmy się prywatnie, czy razem grając, wiadomo było, że będzie wesoło i za to go lubię. Zawsze coś mu do głowy przyjdzie. Generalnie jest tu w szatni KSZO bardzo fajna, sympatyczna grupa osób, co sprzyja wynikom.

Taka atmosfera pomaga nawet w trudnych chwilach, a może przede wszystkim w takich.

- Nie ma co ukrywać, że klub boryka się z pewnymi problemami i myślę, że gdyby nie ta atmosfera, która moim zdaniem szczególnie towarzyszyła teraz w okresie przygotowawczym, to mogłoby być różnie. Ale okazuje się, że zapaliło nam w tych pierwszych meczach, bo niektórzy tzw. „fachowcy”, którzy znają się na wszystkim w tym kraju, a już szczególnie na piłce nożnej, już na początku skazywali nas na spadek. Słyszałem, że po pięciu meczach mieliśmy mieć zerowy dorobek punktowy.

W szkole byłeś typem grzecznego chłopca, czy piłka była ponad wszystko?

- W szkole podstawowej może się jeszcze jakoś człowiek pilnował, ale w szkole średniej było już z tym gorzej, bo szkoła była na drugim planie. Zawsze była piłka i piłka. Wiadomo, że jak jest człowiek młody, to najważniejsze jest, żeby od rana do wieczora kopać piłkę, a szkoła - jakoś się uda. Podstawa to iść na trening, a przed i po pokopać z kolegami pod blokiem.

Zaczynałeś w Piotrcovii?

- Moja przygoda piłkarska zaczęła się w Piotrcovii Piotrków Trybunalski. Bardziej nazwałbym to przygodą niż karierą. W piłkę to może grał Zbigniew Boniek, a my staramy się ją kopać. Znalazłem się tam w wieku 10 lat i tam właśnie poznałem tego Brasila, który już tam był (śmiech). Choć tą ksywę, jeśli dobrze pamiętam to dostał dopiero w Heko Czermno. Wtedy był jeszcze po prostu Łukasz.

Później był Stasiak Opoczno…

- Co ja mogę powiedzieć, poza tym, że miałem tę przyjemność poznać pana Mirosława Stasiaka… Różne rzeczy się działy, ale generalnie okres dla mnie zupełnie nieudany, ze względu na to, że w drugim meczu ligowym z Cracovią zerwałem wiązadła krzyżowe i przez to miałem prawie roczną przerwę. Nie ma więc co wspominać - dwa mecze, z czego drugiego około 60 minut.

Nie zaliczysz tego okresu do miłych wspomnień…

- Co do pana Stasiaka to mogę powiedzieć tylko tyle, że jak byłem tu pierwszy raz i miałem dużo propozycji zmiany klubu w tym okresie, ale o moim losie decydował właśnie pan Stasiak, a rozmowy z nim nigdy nie przynoszą żadnego efektu. Co z tego, że powie jedno, a odwróci się i zrobi drugie.

Po kontuzji zawitałeś do Widzewa Łódź.

- Następnym klubem był właśnie Widzew Łódź, ale nazwałbym to epizodem. A to z racji, że była to moja pierwsza runda po wspomnianej kontuzji i na tą ligę kompletnie nie byłem przygotowany fizycznie do tego, by grać na tym poziomie. Stąd decyzja trenera Majewskiego, z którym ustaliliśmy, że lepiej byłoby, jeśli po rundzie jesiennej zmienię klub. Tak też się stało. Trafiłem do Promienia Żary - klubu, w którym chciałem się odbudować. Była to trzecia liga i chciałem tam wrócić do formy, żeby zacząć grać na normalnym poziomie.

W Paradyżu trafiłeś na Michała Pietrzaka, który nie tak dawno grał w KSZO.

- Dokładnie tak. Było to w tym samym okresie, gdy grał tam Michał Pietrzak. Dla mnie był to bardzo fajny czas gry. Strzeliłem tam kilka bramek, zagrałem praktycznie wszystkie mecze. Nie znam wszystkich szczegółów, ale w tym okresie mecze trzeciej ligi pokazywała stacja Tele5. Myślę, że do tej pory jest zapotrzebowanie na piłkę nożną na szklanym ekranie, bo jest to jednak dyscyplina numer jeden. Nawet jeśli ktoś nie koniecznie lubi kopać piłkę.

Teraz z tym dostępem jest łatwiej, choćby patrząc na KSZO.

- To jest bardzo fajna promocja klubu i przede wszystkim zawodników, bo trenerzy innych drużyn nie muszą się fatygować na stadion KSZO, żeby obejrzeć mecz, bo mogą to zrobić w telewizji.

Jak wspominasz pierwszy pobyt w KSZO?

- Po tamtym sezonie dostałem właśnie propozycję z KSZO. Dla mnie był to bardzo fajny okres. Szczególnie ta runda jesienna, gdzie grało mi się bardzo dobrze. W przerwie zimowej miałem kilka propozycji, wystąpiłem nawet w dwóch meczach Pucharu Ekstraklasy w barwach ŁKS Łódź. Mam też do KSZO wielki szacunek, bo właśnie z tego klubu udało mi się wybić do Ekstraklasy, co na pewno jest marzeniem każdego zawodnika, bo później można już myśleć tylko o grze w reprezentacji. Po rocznym pobycie w KSZO trafiłem do Polonii Bytom.

Tobie się udało trafić do najwyższej klasy rozgrywkowej, czy marzenie zostało zrealizowane.

- W Polonii miałem bardzo fajne pierwsze pół roku u trenera Fornalaka, gdzie miałem okazję grać i posmakowałem tej najlepszej piłki w naszym kraju. Życzę każdemu zawodnikowi, żeby trafił na boiska Ekstraklasy. Każda klasa rozgrywkowa, to jest jakby inna bajka. Im wyżej się gra, tym gra się łatwiej. Więcej tych klubów jest poukładanych i pod względem taktycznym i przede wszystkim organizacyjnym.

To jest duża różnica jeśli chodzi o bazę?

- Jeśli chodzi na przykład o bazę, to wszystko wypada na korzyść KSZO, bo mało który klub w Polsce może się pochwalić taką bazą treningową. Jest tu boisko ze sztuczną nawierzchnią, boiska treningowe, główna płyta - jedna z lepszych w tej lidze, o ile nie najlepsza. W Polonii Bytom było i jest z tym nie najlepiej. Ale sama organizacja klubu jest inna. Jeśli tam coś powiedzieli działacze, to starali się słowa dotrzymać. A ma to bardzo duże znaczenie.

Po okresie gry w Polonii zdecydowałeś się na powrót do KSZO.

- Miałem duże wątpliwości, jeśli chodzi o powrót do KSZO, nie ze względu na klub, a chodziło o klasę rozgrywkową. Przekonałem się tym, że postawiony był cel - awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Po pierwszej części sezonu usłyszałem wiele na swój temat. Między innymi to, że nie umiem już grać w piłkę. Chciałbym więc zapewnić niektórych ludzi, że z tym jest jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina.

Przyzwyczaiłeś kibiców do dobrej gry i może stąd te wysokie oczekiwania?

- Ja rozumiem kibiców, że mają oczekiwania wobec zawodników, żeby zawsze grali dobrze i żeby zespół wygrywał mecze. Nie mam do nich jakichś większych pretensji, poza tym, że jakiś ten szacunek kibica do zawodnika powinien być, jak i w drugą stronę również. Nie może być wzajemnego ubliżania.

Teraz już raczej spełniasz oczekiwania sympatyków drużyny z Ostrowca.

- Zobaczymy za kilka meczów.

Początek miałeś jak istne wejście smoka.

- Bardzo dobrze się czułem już w okresie przygotowawczym. Nie ukrywam, że klub poszedł w troszkę więcej profesjonalizmu na treningach. Pracujemy na zegarach. Ja już od kilku lat pracuję na takim zegarku. Trzeba przyznać, że jak organizm jest monitorowany, to wiadomo, że zawodnik może trafić z formą w mecz, a jeśli coś robi się na tzw. „nosa” … no to nie teraz, nie w tych czasach. Zawodnik musi być w 100% przygotowany do meczu. Nie może być tak, że trener stoi z boku i modli się, że może mu zapali.

Trener Kordian Wójs wspomniał kiedyś, że jesteś książkowym przykładem odpowiedniego tryby życia piłkarza. Masz na to jakiś patent?

- W sumie nie jest to nic oryginalnego. Wiadomo, że mam małe dziecko, więc dużo czasu spędzam w domu z rodziną. Prawda jest też taka, że zawsze przed treningiem staram się być wypoczęty. 8 godzin snu musi być.

Córka i żona to Twój cały świat?

- Dokładnie tak, to mój cały świat. Narodziny Kornelki to jak dotąd najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Zaraz potem jest oczywiście ślub (śmiech).

Narodziny córeczki to dzień kiedy grałeś mecz z Unią Janikowo.

- Specyficzna sytuacja związana jest z narodzinami Kornelii. Przyszła na świat w piątek 27 kwietnia o godzinie 8.45, a tutaj w Ostrowcu o 20.00 graliśmy z Janikowem. Jeszcze 60 minut w tym meczu dałem radę zagrać. Trener Borecki zobaczył, że na tyle mnie było w tym dniu stać pod względem fizycznym i zawołał mnie do budy.

Ale nie masz mu tego za złe?

- Nie, nie. Później dał mi jeszcze trzy dni wolnego, więc jak najbardziej się dogadaliśmy (śmiech).

Takie wydarzenie to jest jakiś zastrzyk adrenaliny?

- Z piłką nożna jest tak, że czy są w życiu jakieś problemy, czy też radość - w tym wypadku z narodzin Kornelii, to wiadomo, że głowa była zaprzątnięta córeczką, która ma raptem 12 godzin, ale czasami to jest i odskocznia od tych mniej radosnych spraw. Czasami jak człowiek wychodzi na trening czy mecz, to te problemy zostawia z boku i koncentruje się tylko na grze.

Tym bardziej, że żona i córeczka to chyba najwspanialsi kibice?

- Zgadza się. Kornelka ma 2 latka i 4 miesiące i tak naprawdę to dopiero teraz zaczęła przychodzić na mecze i jest pod wrażeniem. Szczególnie jak - cytuję: „ Tata, jak są światełka, są kibice, są flagi…” to Kornelka cały czas kibicuje i krzyczy do mnie „Hubert gola, taka jest kibica wola” (śmiech).

Pewnie dla Niej pirotechnika byłaby atrakcją.

- Jak już wie, że jest mecz to mówi do mamy: „ Mama, już dzwoń po taksówkę, już jedźmy”, mimo, że do meczu zostały jeszcze cztery godziny (śmiech). Na trybunach bardzo jej się podoba.

W barwach klubowych jeszcze nie chce chodzić?

- To znaczy, mamy szalik w domu, ale nie zawsze chce go zakładać, bo jest na nią troszkę za duży i przeszkadza jak się kreci po trybunach.

Zawsze miło jest podbiec i przytulić rodzinkę?

- Oczywiście, dlatego tym bardziej cieszą te dwie bramki zdobyte. Szkoda, że pierwsza z przegranego meczu w Zabrzu, ale druga już w wygranym z Górnikiem Łęczna. Są to bramki z dedykacją i dla Kornelii i dla Renaty.

Wspomniałeś, że najszczęśliwszym momentem do tej pory w życiu były narodziny Kornelii. A w karierze sportowej taki moment? Nawet niekoniecznie najszczęśliwszy, ale zwrotny, szczególny?

- Myślę, że jednak to będzie moment po zerwaniu wiązadeł krzyżowych, gdzie ponad rok miałem problem z dojściem do normalnej dyspozycji. A szczęśliwy to ten okres właśnie w KSZO, w Paradyżu kiedy się odbudowałem pod każdym względem - fizycznym i psychicznym.

Leczyłeś się w Polsce?

- Tak, w Polsce, ale za własne pieniądze, bo wtedy byłem zawodnikiem Ptaka, a na wypożyczeniu u Stasiaka i ciężko mi było z którymś z nich dogadać jeżeli chodzi o koszty leczenia.

Niestety, przeważnie jest tak, że zawodnik jest potrzebny tylko wtedy gdy jest zdrowy.

- Oczywiście, że tak. Nie ma co ukrywać, że w Polsce jak zawodnik jest kontuzjowany, to nawet ma problemy z tym, żeby otrzymywać pensję na czas.

Któremu trenerowi w swojej piłkarskiej przygodzie najwięcej zawdzięczasz?

- Myślę, że jeżeli chodzi o trenera jak do tej pory, to bym wymienił Włodzimierza Tylaka, który jak miałem 17 czy 18 lat i w Piotrkovii wchodziłem w tę piłkę seniorską graliśmy na poziomie III ligi o awans do klasy wyżej, to jakby nie bał się na mnie postawić. Grałem u niego i tak jakby zapoczątkowało to, że mogę w tej piłce seniorskiej coś osiągnąć.

To odnośnie piłki seniorskiej - masz jakieś rytuały przedmeczowe?

- W zasadzie nie, bo ja w ogóle nie jestem osobą przesadną i w takie przepowiednie nie wierzę. Nie ma czegoś takiego, że jak się na przykład wrócę do domu to liczę do dziesięciu czy coś w tym rodzaju. Zupełnie mnie to nie rusza. Może poza jednym. Jak jest mecz i jestem w podstawowym składzie to ostatni wychodzę z szatni z tej podstawowej jedenastki. Ale to wszystko.

Jest mecz, który szczególnie utkwił Ci w pamięci?

- Jeśli chodzi o KSZO, to jest to mecz na stadionie w Ostrowcu Świętokrzyskim z Odrą Opole, który zremisowaliśmy 1:1. W ostatniej minucie meczu strzeliłem taką dosyć ładną bramkę. I drugi mecz to z Bełchatowem, grając już w Polonii Bytom w Ekstraklasie. Wygraliśmy na wyjeździe wtedy 3:0. Wprawdzie nie strzeliłem tam bramki, ale zaliczyłem dwie asysty.

A kiks czy niewykorzystana sytuacja, która śniła się po nocach?

- Hmm… Jako młody zawodnik - to była chyba grupa młodszych juniorów - i graliśmy w reprezentacji województwa łódzkiego czy coś takiego. Wygrywaliśmy 1:0 i pod koniec spotkania zrobiłem rzut karny i zremisowaliśmy 1:1. Odpadliśmy z dalszych rozgrywek i prowadzący ówczesną kadrę trener Szewczyk, który był także moim trenerem w klubie, obraził się na mnie i chyba tak ze dwa tygodnie ze mną nie rozmawiał. Jako młody chłopiec wtedy bardzo się tym przejąłem, że zawiodłem trenera, ale z perspektywy czasu wiadomo, że takie rzeczy się zdarzają i trzeba grać dalej.

Ogólnie rozgrywasz mecze w głowie?

- Mówi się, że profesjonalista myśli o meczu dwie godziny przed i dwie godziny po spotkaniu, ale czy tak jest w rzeczywistości, to ciężko powiedzieć. Przed meczem raczej tak, bo człowiek koncentruje się na tym co powiedział do niego trener i jakie ma założenia wobec zawodnika. Natomiast po meczu różnie z tym bywa, bo czasem człowiek jest tak zmęczony, że nawet nie bardzo kojarzy fakty z rozegranego spotkania.

Najładniejsza bramka jaką zdobyłeś w karierze to…?

- Najładniejsza to już ze wspomnianego meczu KSZO - Odra Opole, gdzie uderzyłem z 30 metrów i piłka wpadła w okienko bramki rywala.

W wolnym czasie czym najchętniej się zajmujesz?

- Przede wszystkim poświęcam czas rodzinie. Nie ukrywam, że z zoną i córką lubię spędzać czas. Kornelia jest już w takim wieku, że jest bardzo absorbującym dzieckiem i trzeba na nią uważać. Dochodzi do tego na pewno jakieś surfowanie po Internecie, jakaś książka czy jakaś muzyka.

A podróże?

- Oczywiście jak najbardziej tak. Nawet tutaj w województwie świętokrzyskim staramy się zwiedzić wszystkie okoliczne atrakcje. Jak mamy dzień wolny - najczęściej poniedziałek - to nie jeździmy do rodzinnych stron, tylko staramy się spędzić ten dzień na jakiejś wycieczce.

Jest jakieś miejsce najbardziej ulubione w okolicy?

- Jest popularny Bałtów i ze względu na Kornelię często tam bywamy. Kornelka akurat jakby się dało to najchętniej jeździłaby codziennie do tych swoich dinusiów. Jeśli jest możliwość to nie ma szans, żeby odpuściła (śmiech).

W takim razie zdradź jakie jest ulubione zajęcie Kornelii?

- Jest w stanie bawić się wszystkim, ale teraz chyba najbardziej pasjonują ją klocki. Buduje dosłownie wszystko. Ostatnio nawet usłyszałem: „Tata, zbudowałam KSZOKA” (śmiech). Ubawiło mnie to bardzo.

Jak wyglądał?

- …Taki zwykły słupek z klocków (śmiech).

Czy to właśnie Ona rządzi w domu?

- No tak właśnie jest, że Kornelia zaczyna powoli rządzić w domu - oczywiście w cudzysłowie. Ale prawda jest taka, że jednak trzeba się do niej dostosować. Do południa jest zabawa na Maksa, natomiast po południu ona musi spać. Po jakichś dwóch godzinach drzemki znowu jest szaleństwo.

Interesujesz się jakimś innym sportem?

- Wiadomo, że wyczynowo to teraz tylko piłka, bo ciężko znaleźć trochę wolnego czasu, ale jak już go mam to lubię pograć w tenisa ziemnego.

A jeśli chodzi o bierny udział w sportach?

- Generalnie oglądam sportu bardzo mało. Jeśli już oglądam, to jest to tylko piłka nożna. Jeśli już oglądam telewizję, to raczej jakieś informacje, wiadomości, ewentualnie jakiś film, ale to niekoniecznie w telewizji - raczej na płycie.

Twoje typy na I ligę.

- Stawiam, że Górnik Zabrze wygra tę klasę rozgrywkową, tym bardziej po tym pierwszym meczu jaki przyszło nam rozegrać w Zabrzu. Ja uważam, że zagraliśmy bardzo dobre zawody, wbrew temu co się działo w drugiej połowie. Tyle tylko, że w drugiej odsłonie meczu wynikało to z faktu, że Górnik jest na poziomie Ekstraklasy. Ta drużyna na tyle miała inteligentną pomoc - szczególnie środek pomocy - że pozwoliła nam grać, a wykorzystywała wszystkie nasze słabości. Drugi kandydat do awansu to Widzew Łódź.

ŁKS Łódź włączy się do walki o awans?

- ŁKS może się włączyć do walki, natomiast ja stawiam na dwa wspomniane zespoły.

A dolne rejony tabeli?

- Na pewno zaskoczeniem na chwilę obecną jest Górnik Łęczna i wydaje mi się, że potrzebują takiego jednego meczu zwycięskiego i wtedy ta machina zapali, bo źle w piłkę nie grają. To, że my ograliśmy ich w Ostrowcu 2:0 jest faktem, ale ten mecz kosztował nas bardzo dużo zdrowia. Pokazali, że potrafią grać w piłkę, a czasami tak jak w życiu potrzeba trochę szczęścia. Myślę, że Górnik Łęczna jeszcze się odbuduje, bo do końca samej rundy jesiennej pozostało wiele kolejek. Jest bardzo wiele punktów do zdobycia, szczególnie we wrześniu, gdzie mecze są praktycznie co trzy dni.

A sąsiad zza miedzy?

- Po spotkaniu w Stalowej Woli powiedziałbym, że właśnie w dolnych rejonach tabeli znajdzie się Stal. Zespół ten może się nie odkręcić jeszcze w tej rundzie.

Rozstrzygnięcia w Ekstraklasie będą zaskoczeniem?

- Mistrzem Polski będzie Wisła Kraków, więc niewiele się zmieni. Chyba, że uda się pokrzyżować te plany Lechowi Poznań, bo to drugi zespół jaki typuję. Jeśli zaś chodzi o spadek, to bym powiedział, że Piast Gliwice i Lechia Gdańsk.

Baraży już raczej nie będzie.

- Prawdopodobnie baraże zlikwidowane są z tego względu, że nie chcą już tego zamieszania, że ktoś trenuje bez przerwy - bez urlopu. A jeśli chodzi o pomysł baraży wcześniej utworzony to uważam, że podnosi to poziom rozgrywek każdej ligi, każdej drużyny i indywidualny zawodnika. Bo może się tak ułożyć, że dwóch spadkowiczów będzie dużo wcześniej, a reszta ligi rozgrywa tak te mecze, żeby tylko grać. Jednak jak są emocje do samego końca, to ten element rywalizacji zawsze podnosi poziom.

Myślisz, że piłkarze ŁKS nadal wierzą w pozytywne dla nich rozstrzygnięcie kwestii licencji na grę w Ekstrklasie?

- Ja uważam, że jak już rozpoczęły się rozgrywki, odbył się pierwszy mecz, to kolokwialnie mówiąc jest już pozamiatane. Nie ma szans ja jakąkolwiek już zmianę decyzji.

Takie sytuacje odbijają się na formie zawodników?

- Na pewno tak. Ja pamiętam taką sytuacje rok temu w Bytomiu, gdzie problemy z licencją były ogromne. Dwa tygodnie przed pierwszym meczem udało się tę licencję otrzymać, ale rundę jesienną to graliśmy wtedy w kratkę. Po dobrym meczu przychodziły przykładowo dwa bardzo słabe. Ciężko się w takiej sytuacji przygotować do sezonu i trudną rolę ma trener, który ciągle słyszy od zawodnika, że ten myśli aby odejść, bo nie wiadomo co tutaj będzie. Czy ma szansę jakiegokolwiek rozwoju w tym klubie.

Odnośnie trenera od przygotowania fizycznego - jest to swego rodzaju nowość w KSZO.

- Jak dla mnie to jest to jak najbardziej na plus i ja sobie bardzo to chwalę. Wiem, że po tym jak organizm jest monitorowany podczas treningu, to mam zaufanie, że rozegram mecz w 100% przygotowany. Wszystko na tym monitoringu wychodzi. Nawet jak człowiek zarwie noc i założy pasek na następny dzień to 10-15 uderzeń serca jest od razu więcej. Nie ma opcji, żeby trener nie widział, że coś jest nie tak z zawodnikiem.

Można sobie z tym poradzić w jakiś sposób?

- … Można, tylko wtedy trzeba iść i rozmawiać z trenerem dlaczego sobie zawodnik z tym poradził. Kiedyś pamiętam sytuacje, że ktoś rzucił sobie pasek na brzuch, ale później trener wołał do siebie i kończyło się to zazwyczaj karą finansową i to wysoką. Wiadomo, że nie powie się trenerowi, że się nie przespało nocy, bo zasugeruje picie melisy (śmiech).

Odbiór Twojej osoby przez kibiców diametralnie się zmienił w tym sezonie.

- … To nie jest tak, że mnie to jakoś szczególnie boli. Ja nie dlatego gram w piłkę, żeby ktoś traktował mnie w sposób jaki miało to miejsce w poprzednim sezonie rundy wiosennej.

Bardzo szybko z piedestału można spaść na ziemię?

- Oczywiście, ale ja jestem do tego przyzwyczajony. Takie już jest życie każdego zawodnika. W Polsce publiczność jest tak, że po jednym meczu będzie nosiła piłkarza na rękach, a po kolejnym będzie chciała zrównać z ziemią. Takie są realia, ale to nie znaczy, że my na ten trzeci mecz nie wyjdziemy i nie będziemy chcieli zagrać dobrego spotkania.

Ostrowiecka publiczność jest wyjątkowo specyficzna? Trudno się w Ostrowcu gra?

- Ja akurat lubię tutaj grać. Obojętnie czy ten kibic nas dopinguje czy wyzywa, ja wychodzę na boisko i gram - dla siebie, dla swojej rodziny, dla drużyny, żebyśmy osiągnęli wspólny sukces.

Sytuacja w szatni pod względem żartów się zmieniła?

- W zasadzie nie zmieniła się. Ja wiele rzeczy widzę, ale biorę bierny udział w tym, bo to nie jest moja sprawa (śmiech).

Z kim Ci się najlepiej współpracuje na boisku? Z kim mógłbyś zagrać z zamkniętymi oczami?

- Z Łukaszem Matuszczykiem, Adamem Cieślińskim i z Krystianem Kanarskim - to są ci zawodnicy, z którymi najlepiej współpracuje mi się na boisku, jeśli chodzi o mój pobyt w Ostrowcu od lutego.

Pamiętasz Swoje pierwsze piłkarskie buty?

- To były gumowe korkotrampki. Sprowadzani przez Ptaka Brazylijczycy mówili na nie „kisuczczi”. Bardzo spodobała mi się ta nazwa. Ich wartość to było ok. 10 zł, więc każdego z rodziców było na nie stać. Pierwsze poważne buty to były Patricki. Nawet nie wiem, czy ta firma jeszcze istnieje. Były to tzw. lanki - moje pierwsze buty z prawdziwego zdarzenia. Grał się w nich dużo lepiej, tylko szkoda, że były takie ciężkie.

A teraz są jakieś szczególne, w których lubisz grać?

- Obecnie praktycznie nie gram w innych, jak w adidasach. To są dosyć drogie buty, ale człowiek musi w siebie inwestować. Dwie pary w sezonie musza być. Jeżeli ktoś jest w stanie je jeszcze używać, to je po prostu daję, jeśli już się nie nadają, wędrują do kosza.

Masz jakieś specjalne pamiątki piłkarskie?

W mojej kolekcji jest koszulka piłkarska z Piotrcovii, kiedy awansowaliśmy do starej II ligi. Mam też koszulkę z mojego pierwszego pobytu w Ostrowcu. Udało mi się ją ocalić (śmiech). Z tego awansu niestety ta sztuka już się nie udała. Mam też koszulkę z Ekstraklasy z mojego pobytu w Polonii Bytom.

Twój pierwszy numer na piłkarskiej koszulce to…

- Pierwszy numer z jakim grałem, to była „11”. Grałem jako prawoskrzydłowy. Chciałem grać jako lewo skrzydłowy, ale jak przyszedłem, to był już „Brasil” i musiałem się podporządkować (śmiech), mimo tego, że jest młodszy. Przechodząc do klubu, zazwyczaj większość numerów jest już pozajmowana, ale próbuję wybrać ten, spośród proponowanych przez kierownika, który najbardziej mi odpowiada. Ulubionego numeru jednak nie mam.

Miałeś jakiegoś idola, na którym się wzorowałeś?

- W dzieciństwie zafascynowany byłem grą Romana Koseckiego. Trwało to dosyć długo, aż do bodajże meczu reprezentacji Polski ze Słowacją. Nie wytrzymał tam ciśnienia, rzucił koszulką, dostał za to czerwoną kartkę. Ale cenię go do tej pory za to co robi, bo pomaga rozwijać się młodzieży, poprzez założony przez siebie klub. Nie wiele osób w Polsce na to stać. Młodzież trenuje w kraju na takich boiskach, że jeśli będą w moim wieku, to będą mieli poniszczone stawy. Również przez to, że wychowuje się na takim boisku, nie jest w stanie osiągnąć apogeum swojej formy.

Kojarzysz jakąś ciężką kontuzję, która była spowodowana właśnie złym stanem boiska?

- Jakoś nic takiego bardzo poważnego nie przychodzi mi do głowy. Miałem to nieszczęście, że jak już byłem przy groźnych urazach, to wynikały one głównie z faulu, bo stan boiska był na szczęście normalny. Ale nawet jeśli odnosi się kontuzje na dobrym boisku, to może być ona spowodowana tym, ze wcześniej trenowało się w fatalnych warunkach.

Jakie jest Twoje podejście do zespołu rezerw ?

- Ja uważam, że drużyna rezerw jest jak najbardziej potrzebna. Zawodnik do swoich obowiązków – nawet w zespole rezerw – powinien podchodzić profesjonalnie, bo tylko i wyłącznie robi to dla siebie, a po kontuzji łatwiej mu dojść do pełnej dyspozycji. Jeśli zaś chodzi o młodych chłopców, to ja wiem sam po sobie, że najważniejsze jest grać. Obojętnie na jakim to jest poziomie, po prostu grać i jeszcze raz grać. Tylko poprzez jakieś elementy treningu, meczu zawodnik może stać się lepszy.

W Twoim przypadku zawsze to była linia pomocy?

- Nie, zaczynałem jako napastnik i to prawoskrzydłowy. Do jakiegoś 20-tego roku życia grałem jeszcze w ataku. Później do Piotrcovii przyszedł trener Wolak i chyba już na pierwszych zajęciach usłyszałem, że będę grał u niego bocznego pomocnika. Zapytałem dlaczego i odparł, że ma moje badania jeżeli chodzi o moją wydolność i że muszę grać jako boczny pomocnik.

Jakie ćwiczenia na treningu przypadają Tobie do gustu, a czego nie lubisz robić?

- Generalnie treningi piłkarskie, bo każdy zawodnik lubi gdy zajęcia odbywają się z piłką. Każdego można zabrać do lasu i kazać mu biegać między drzewami, ale jednak z piłką to jest to. W ostatnim okresie przygotowawczym przed ligą mieliśmy zajęcia non stop z piłką i teraz to procentuje.

Rozmawiali:
Anna Woźniak i Rafał Soboń

Autor: Sobi
Komentarze [0]



Informacje zawarte na stronie są własnością Redakcji. Wykorzystywanie materiałów w całości lub części bez zgody Redakcji zabronione.

Wygenerowano w 0.806 sek / 40.