SPOTKANIE Z ... - TOMASZ CIESIELSKI
Zgodnie z wcześniejszą zapowiedzią, zapraszamy do lektury wywiadu, jakiego udzielił serwisowi KSZO.net.pl obrońca ostrowieckiego zespołu -
Tomasz Ciesielski.
>>Fotogaleria ze spotkania z zawodnikiem<< Można powiedzieć, że wychowałeś się na boisku?Urodziłem się w Inowrocławiu, ale mieszkałem od początku w Janikowie. Mój ojciec jest gospodarzem obiektów sportowych w Janikowie. W związku tym dostał mieszkanie przy boisku. Był to taki pawilon, podzielony na mieszkanie służbowe, szatnie, było też duże pomieszczenie z przeznaczeniem na świetlicę i ja także mieszkałem przez pięć lat przy stadionie, tak więc nie miałem praktycznie innej możliwości jak związać się z piłką nożna (śmiech). Później przeprowadziliśmy się do bloku, a tam gdzie znajdowała się świetlica, zrobiono przedszkole, do którego zacząłem uczęszczać. W Janikowie są dwa stadiony, ale od małego przez sześć lat przebywałem na jednym z nich.
I w ten sposób Unia została Twoim pierwszym klubem?Pierwszym moim klubem była Unia Janikowo. Na początku w młodzikach grałem na pozycji środkowego pomocnika. Z juniorów przeszedłem do drużyny seniorów w czasie gdy Unia występowała w V lidze. Miałem wtedy 15 lat i grałem w Janikowie do 1998 roku. Później moja przygoda piłkarska nabrała trochę tempa.
Z Janikowa trafiłeś do Elany Toruń?Przyszedł do Janikowa bardzo fajny trener - Wiesław Wandowicz z Torunia, który poświęcał drużynie dużo czasu i pokazał nam troszeczkę inną piłkę, niż ta wcześniej grana w Janikowie. Otworzył nam jakby okno na świat. Po jednej z rozmów trener powiedział, że pomoże mi trafić do Elany Toruń. Pojechałem do Torunia na testy. Wtedy trenerem Elany był Zbigniew Stefaniak i grali w drugiej - obecnie pierwszej - lidze. Moja gra się spodobała i zostałem kupiony z Unii przez Elanę. Po roku spadliśmy z Elaną z ligi, w międzyczasie zmienił się trener, ale z trenerem Stefaniakiem nadal miałem dobry kontakt, był nawet na jednym z meczów w którym zagrałem dość dobrze i wtedy powiedział mi, że będę miał telefon z wyższej ligi.
Telefon był z Polonii?Okazało się, że była to Ekstraklasa, bo zadzwonił do mnie Jerzy Engel i spytał czy nie chciałbym przyjść do Polonii Warszawa. W Elanie był już przesądzony spadek i każdy się już rozglądał za klubem. Jarek Maćkiewicz trafił do Lecha Poznań, Maciek Hanczewski do Groclinu Grodzisk Wielkopolski, dużo chłopaków rozjechało się po pierwszoligowych drużynach. Ja miałem wtedy 20 lat, bez żadnych zobowiązań, cały świat przede mną, pojechałem do Polonii, porozmawiałem i z trenerem Wdowczykiem i z trenerem Engelem i od czerwca zacząłem trenować w Polonii.
W Polonii zacząłeś od sukcesów?Pierwszy sezon był jednym z najlepszych jakie miałem. Na jesień jeszcze tak nie grałem w pierwszej drużynie, ale jeździłem już na konsultacje drużyn młodzieżowych trenera Ćmikiewicza, no i później przyszła ta szczęśliwa wiosna 2000, gdzie wywalczyłem sobie miejsce i wskoczyłem do składu, choć na pierwszy mecz nie pojechałem. To było dla mnie ogromne przeżycie, bo człowiek zostawił tyle zdrowia w tym okresie przygotowawczym i jak pamiętam, czuło się już taką atmosferę sukcesu. Była fajna grupa ludzi, którzy się zgrali. Ja w sumie byłem tam jednym z najmłodszych, był jeszcze Piotrek Dziewicki, który teraz wrócił do Polonii, Mateusz Bartczak w jednym wieku i tak się zawsze razem trzymaliśmy i wskoczyliśmy praktycznie razem na tę wiosnę do składu. Zdobyliśmy Mistrzostwo Polski. Zagrałem w tej rundzie praktycznie wszystkie mecze oprócz wspomnianego już pierwszego, na który nie wziął mnie trener, a drugi pauzowałem za kartki. Do tego sukcesu dorzuciliśmy jeszcze Puchar Ligi, Superpuchar Polski, a rok później gdy zaczęły się już zmiany w Polonii udało się jeszcze dołożyć Puchar Polski. W Polsce był wtedy taki okres, że jak drużyna osiągnęła sukces, to od razu zaczynało coś w niej zgrzytać.
Były też mecze Pucharowe?Zimą graliśmy sparing z Dynamo Bukareszt. Ten mecz przegraliśmy 0:1, ale mecz zakończył się w 70 minucie, bo rozpoczął się mecz bokserski Polska - Rumunia. Doszło do rękoczynów, zaczęliśmy się miedzy sobą bić. Mecz został przerwany, bójka się skończyła, wszyscy rozjechaliśmy się, ale minęło 5 miesięcy i okazało się, że gramy z nimi w eliminacjach do Ligi Mistrzów.
Rewanż się udał?Pojechaliśmy do nich, wyszliśmy na ogromny stadion olimpijski. Dookoła pełno kibiców, którzy krzyczeli i mogliśmy się tylko domyślać, że nie były to przyjazne okrzyki. Bardzo gorąca atmosfera, bo oni też trochę balon napompowali. Zagrałem w tym pierwszym meczu 45 minut. Wygraliśmy ten mecz 4:3. Rewanż rozgrywany był na stadionie w Płocku, ale tam także wygraliśmy 3:1 i awansowaliśmy.
Póżniej czekał na Was Panathinaikos Ateny.W kolejnej rundzie trafiliśmy na Panathinaikos Ateny. W meczu w Płocku nie grałem. Zremisowaliśmy go 2:2, ale mieliśmy kilka super sytuacji, jak pamiętam jakiś strzał w słupek, poprzeczkę. Pamiętam też doskonałą sytuację Arka Kaliszana, ale też nie strzelił. Dla Panathinaikosu pamiętam, że bramkę strzelił Krzysztof Warzycha. Pojechaliśmy do Aten i naprawdę zagraliśmy bardzo wyrównany mecz. Wszedłem w 60 minucie i na pewno nie zapomnę tej atmosfery. Nie mogliśmy między sobą nic powiedzieć, taki był doping, musieliśmy sobie na migi pokazywać pewne rzeczy, co się dzieje, co zrobić. Atmosfera byłą wspaniała, ale nie udało się - przegraliśmy 1:2. Po tym meczu był taki ogromny smutek i żal.
Tych meczów o europejską stawkę było więcej?W Pucharze UEFA graliśmy z Udinese, podobnie jak ostatnio Lech Poznań. Pamiętam, że w Płocku przegraliśmy 0:1, pojechaliśmy tam i do dziś nie mogę sobie tego wydarować, bo miałem tam dwie sytuacje po dośrodkowaniach z rzutów rożnych, gdzie jeden strzał poszedł nad poprzeczką, drugi obok słupka. W sumie to są dosyć miłe wspomnienia, ale to wszystko było dość dawno temu. Przegraliśmy ten mecz 0:2. Strzelili nam bramkę do przerwy na 0:1, potem w 90 minucie poszła kontra na 0:2. Jak później oglądałem ten mecz na Rai Uno, to byłem w szoku. Patrzyłem i myślałem - Kurcze, to nie ten mecz! Oni tak to zmontowali fajnie, że wyglądało, że Udine cały czas nas atakowało i my nie mieliśmy nic do powiedzenia, a sytuacja była zupełnie inna. Ale przegraliśmy, odpadliśmy. Później zaczęły się zgrzyty, które chyba były efektem braku dalszego sukcesu.
Pozostałeś w Polonii. Były jakieś ciekawa propozycja na zmianę barw?Przez rok jeszcze byłem w Polonii, pierwsze pół roku trenerem był Wdowczyk i Wiśniewski, a na drugie pół roku przyszedł Albin Mikulski. Gdy zdobywaliśmy Puchar Polski zacząłem już mieć delikatne problemy z kolanem. Zaczynało ono pobolewać, miałem problemy żeby wytrzymać pełne 90 minut. Wtedy dostałem propozycję przejścia do Szchtara Donieck razem z Mariuszem Lewandowski. Wtedy moim jakby menagerem był Włodzimierz Lubański, chociaż nie miałem z nim żadnej podpisanej umowy. Mieliśmy jechać na testy do Szachtara, jednak mi to kolano nie bardzo pozwalało i nie pojechałem. Mariusz pojechał, no i dzisiaj gra sobie i zarabia olbrzymie pieniądze.
Jak się potoczyły dalej Twoje losy?Ten trzeci sezon jak byłem w Polonii przyszedł trener Werner Liczka. Na początku miało być fajnie, kolorowo, chociaż na początku nie grałem przez tą nogę, ale trener też mówił, żeby nigdzie nie jechać, bo na mnie liczy, chce żebym został. Ale moje leczenie trwało dość długo, bo pamiętam, że zacząłem normalnie trenować gdzieś w październiku dopiero. Później różnie to było, ale były mecze gdzie trener na mnie stawiał. Później, jakby od nowego roku coś się stało i ten okres za w Polonii trenera Liczki nie mile wspominam. Następnie zaczęły narastać problemy finansowe, atmosfera robiła się coraz bardziej nieciekawa i po tym sezonie przyszedł Janusz Białek, który powiedział mi wprost, że jeśli nie będę w pierwszej „11” to nie będzie mnie brał w ogóle do „18”, a na dzień dzisiejszy nie widzę Cię w „11”.
I trafiłeś do Widzewa, gdzie miałeś przyjemność trenować pod okiem Franciszka Smudy?Wtedy trenerem w Widzewie był Dariusz Wdowczyk, który zaproponował mi przejście do Widzewa. Skorzystałem z tej oferty, ale okazało się, że Wdowczyk był tam trenerem jeszcze … tydzień. Na jego miejsce przyszedł trener Franciszek Smuda. Zagrałem u niego w 13 meczach, plus Puchar Ligi, plus Puchar Polski ,a w międzyczasie Polonia przestała całkowicie płacić i praktycznie wszyscy chłopacy złożyli papiery do PZPNu o rozwiązanie kontraktów z winy klubu. W styczniu nie bardzo miał kto grać w Polonii i byli zainteresowani moim powrotem. Trenerem był wtedy Krzysztof Chrobak. Wróciłem do Polonii, ale widziałem jaka jest sytuacja jak również rozmawiałem z chłopakami, którzy mnie namawiali, żebym poszedł tą drogą co oni, bo sprawa jest oczywista, a pieniądze, które zalegał klub duże.
Posłuchałeś?Zrobiłem ten krok, ale później w rozmowie z trenerem Chrobakiem, mówił mi, że to był jakby mój błąd, bo osobiście na mnie liczył, ale chyba miał jakiś prykaz, żeby na mnie nie stawiać, bo działałem „na szkodę klubu”. Pamiętam, pojechałem wtedy pierwszy mecz na wiosnę, gdzie walczyliśmy o utrzymanie, będąc na ostatnim miejscu. Graliśmy w Płocku z Wisłą, wszedłem w 60 minucie i była akcja, gdzie Mikulenas strzelał praktycznie do pustej bramki, udało mi się tą piłkę wybić i to jeszcze tak, że trafiła ona do kolegi, poszła kontra i wygraliśmy 1:0. Byłem bardzo szczęśliwy, myślałem, że może tą złą kartę odwrócę, ale niestety, nie udało się i zostałem już całkowicie odstawiony na boczny tor. Rozegrałem bardzo mało meczów i gdy tylko skończył się sezon, rozwiązałem kontrakt.
Dostałeś propozycję z Górnika, wybrałeś jednak powrót do Unii Janikowo?Po rozmowach z menagerami, trafiłem do Górnika Zabrze. Nie były dogadane szczegóły, ale trenowałem z Górnikiem. Gdy przyszło do rozmów okazało się, że pieniądze były naprawdę małe. Dokładając do tego, że Polonia też nie płaciła, zaczęły się robić już długi, podjąłem ciężką decyzję o powrocie do Janikowa. Poszedłem do Janikowa, gdzie trenerem był Andrzej Wiśniewski i dostałem jak na trzecią ligę bardzo dobre pieniądze w Janikowie, bo szczerze mówiąc większe, niż oferowano mi w Górniku. Grałem tam przez rok. Byłem tam już z moją obecną żoną - Anią. Mieszkaliśmy u rodziców, choć miałem w Janikowie kupione mieszkanie jeszcze z czasów, kiedy Polonia płaciła. Było mieszkanie, ale nie było przygotowane, żeby się do niego wprowadzić. Ania pracowała w Urzędzie Miasta, gdzie zbierała doświadczenie, ja grałem w Unii, z którą niestety nie udało się awansować, po barażach właśnie z drużyną KSZO.
Ten baraż z KSZO, to nie jedyne ważne wydarzenie, które miało wtedy miejsce? To był szalony weekend, bo najpierw graliśmy w Ostrowcu baraż, a dzień później ja brałem ślub z Anią. Na weselu było dużo chłopaków, trenerzy, działacze, burmistrz Janikowa - wszyscy, którzy wtedy żyli tą piłką. W Janikowie postanowili się nie poddawać i próbować dalej walczyć o awans, ponieważ sponsor który tam był, nadal chciał inwestować w klub. Dostałem wtedy propozycję z Arki Gdynia, która walczyła wtedy o awans do pierwszej ligi, ale zostałem w Janikowie jeszcze na pół roku, a następnie przeszedłem do Kujawiaka Włocławek. Początek był fajny, był młody trener Piotr Tyszkiewicz, po pół roku zmienił się trener, przyszedł Baniak, który jest takim typem, który ściąga swoich zawodników, którym ufa oraz bardzo liczy się ze zdaniem prezesów. I znowu była dziwna sytuacja, że grałem w meczach pucharowych, a w lidze nie grałem, mimo, że graliśmy dobre mecze w pucharach, choćby na Cracovii. Postanowiłem znowu wrócić do Janikowa, gdzie byłem już dogadany z trenerem Jakołcewiczem, choć miałem też ofertę z pierwszej ligi z Górnika Polkowice. Zrobiliśmy wtedy drugie miejsce, ale znowu nie udało się w barażach, tym razem z Polonią Bytom.
Mimo tego, zagraliście w wyższej klasie?Nie awansowaliśmy i gdy każdy się zastanawiał co dalej będzie, z powodu braku pieniędzy wycofała się Kania Gostyń. Więc za Kanię, z drugiego miejsca, do drugiej ligi weszliśmy my, ale jak na złość, finansowanie ograniczył sponsor. Nie było jakiś poważnych transferów, później pewne błędy zaowocowały tym, że płaciliśmy straszne frycowe. Było kilka meczów, gdzie przegrywaliśmy jedną bramką w sumie na własne życzenie.
Wtedy przyszedł trener, który później ściągnął Cię do KSZO?Doszło do zmiany na stanowisku trenera. Przyszedł Andrzej Wiśniewski, który nas trochę doprowadził do pionu, bo każdy był jakiś rozleniwiony, „muchy w nosie”. Potrafił uderzyć w stół i zaczęliśmy mecze wygrywać, głównie mecze w Janikowie, choć nadal zdarzały się pechowe mecze. Na Śląsku sędzia już miał gwizdać, gdy straciliśmy bramkę. To były takie przybijające sytuacje, ale trafiliśmy do strefy barażowej, gdzie spotkaliśmy się z Wartą Poznań.
I znowu baraże okazały się pechowe?W Poznaniu zremisowaliśmy 1:1, w rewanżu zremisowaliśmy 2:2 i niestety musieliśmy się pożegnać z ligą. Ale w międzyczasie poznałem trenera Kowalika, który został trenerem w Sosnowcu gdzie Zagłębie awansowało do pierwszej ligi. Zadzwoniłem do niego, myśląc „raz kozie śmierć, głowy mi nie urwie”. Trener powiedział mi, ze jest zainteresowany i będzie na mnie liczył, choć jest i inna siła i póki co inaczej widzi skład, ale mogę walczyć. Powiedziałem, że zdecyduję się, ponieważ nie jestem człowiekiem, który się poddaje. Podjąłem rękawicę i pojechałem do Zagłębia.
Ale Zagłębie okazało się bombą z opóźnionym zapłonem?Później okazało się, że są tam niezłe problemy, bo jest degradacja, po sześciu czy siedmiu kolejkach zwolnili Kowalika, przyszedł na tydzień Orzeszek, ale go zwolnili, bo nie miał licencji, przyszedł więc Szczukiełowicz, który był trenerem do końca grudnia, kiedy to znowu wrócił Orzeszek. W tym czasie szatnia zmieniała się z dnia na dzień. Przez pół roku przewinęło się tam multum ludzi. Po trzech czy czterech meczach na wiosnę, odszedł Orzeszek, a przyszedł Pierścionek. Rozwiązano kontrakty z podstawowymi zawodnikami i szatnia wyglądała już wtedy jak szatnia juniorów, a nie poważnej seniorskiej drużyny. Nastąpił spadek i sportowy i organizacyjny, plus korupcja - czyli obecnie druga liga zachodnia. Pod koniec sezonu, zadzwonił do mnie trener Wiśniewski, żebym przyszedł tutaj do KSZO.
Początkowa odpowiedź nie była twierdzącą?Początkowo powiedziałem, że nie, ponieważ miałem tam ważny dobry kontrakt i poukładane już w jakiś sposób życie. Jednak później trener Pierścionek zachował się wobec mnie trochę nie fair, ale to młody człowiek, więc robi błędy. Zadzwoniłem więc do trenera Wiśniewskiego i powiedziałem, że jest taka opcja. Powiedział, żebym przyjeżdżał. No i jestem (śmiech).
45 minut w sparingu wystarczyło, żeby przekonać trenera?45 minut w meczu z Dolcanem wystarczyło. Trener Wiśniewski już mnie znał i wiedział na co mnie stać.
Wspominałeś o sukcesach z Polonią, jednak nie wszystkie czynniki pomagały w osiąganiu najwyższych celów?Po zdobyciu Mistrzostwa z Polonią, pierwszy sezon w pucharach musieliśmy grac na stadionie Wisły Płock, drugi sezon, na stadionie Widzewa. To było takie nasze rzucanie. Nie było świateł, podgrzewanej murawy. Jak powiedzieli, że będą szatnie remontować, to wszyscy byli w szoku. Weszliśmy w styczniu do szatni i okazało się, że remont skończył się na odmalowaniu pomieszczeń. Teraz słyszałem, że pod tym kątem bardzo się w Polonii zmieniło. Wtedy nie było naprawdę nic, plus legendarna już kamienna trybuna. W sumie na Polonii każdy wiedział jak jest i była fajna atmosfera. Kibice też potrafili zrobić wspaniałą atmosferę, jak choćby, gdy graliśmy z Wisłą, gdzie strzeliliśmy na 1:1 w 89 minucie, a na 2:1 w 98 minucie, bo o 8 minut mecz przedłużył sędzia.
Jest sukces, wycofuje się sponsor no i okazuje się, że to wszystko cały czas się kręci koło takich spraw.
Zdobywając mistrzostwo, strzeliłeś bramkę w meczu z Lechem Poznań, który obecnie lideruje, ale w tamtym czasie opuszczał szeregi ekstraklasy?Z Lechem musiałem strzelić bramkę. Tydzień wcześniej miałem pewien eksces z Cezarym Kucharskim – trochę za mocno mu się w nogę władowałem. Tak się czasem zdarza. Przez ten czas soboty i niedzieli – na szczęście Internet wtedy nie był jeszcze tak dostępny jak teraz, bo chyba byłbym opisany na każdej możliwej stronie – było bardzo gorąco. Te opinie na mój temat były bardzo negatywne. W niedzielę wsiadłem w samolot i poleciałem z drużyną młodzieżową na Węgry, gdzie graliśmy mecz. Zadzwonił do mnie i Wdowczyk i Romanowski i Szczęsny – wszyscy ze mną rozmawiali, żebym się nie martwił tym co piszą w gazecie. Zadzwoniłem do domu, to mama na relanium, ojciec wściekły… Ale zagrałem z Węgrami, strzeliłem bramkę i zarówno gospodarze jak i Polacy uznali, że byłem najlepszy na boisku i jak już wróciłem do Polski to jakieś przebłyski się pojawiły, że jednak coś na tym boisku potrafię pokazać. W sobotę graliśmy z Lechem i również strzeliłem bramkę. Co prawda na 5:0, ale jednak strzeliłem i z tego co pamiętam to sam ją sobie wypracowałem. Wywalczyłem piłkę, zagrałem do Olisadebe, ten mi ją zgrał i trafiłem praktycznie do pustej bramki. Człowiek czasem tak marzy w różnych sytuacjach życiowych. Pamiętam, że urodził mi się syn – Antoś i pierwszy mecz w lidze, a ja strzelam bramkę. Tak już chyba jest, że wtedy człowieka niesie jakaś wewnętrzna siła, jakaś adrenalina. Wtedy człowiekowi się zdaje, że może wszystko. Przed tym meczem z Lechem to był taki mój „tydzień konia” – dół, góra, dół, góra. Pamiętam, że wtedy po tej bramce już bardzo pozytywne recenzje dostałem, trafiłem nawet do „11” kolejki i ludzie już pozytywnie o mnie mówili.
Oglądasz mecze z udziałem drużyn, kolegów z którymi grałeś? Nie tak dawno na przykład oglądałem derby Warszawy i bardzo trzymałem kciuki za Piotrka Dziewickiego, który jest moim najlepszym przyjacielem i był świadkiem na moim ślubie. Trzymam kciuki za kolegów, z którymi grałem, których znam i życzę im jak najlepiej, bo nie jestem człowiekiem zawistnym i nikomu nie życzę, żeby się noga podwinęła czy coś w tym stylu. Po prostu cieszę się, że widzę jak grają, analizuje, obserwuję, czasami dzwonię z gratulacjami za dobry mecz. Ja póki co twardo stąpam po ziemi, wiem gdzie jestem i wiem, że na razie moje miejsce jest w KSZO. Ważne jest, żebyśmy zrobili ten awans do I ligi, a później czas pokaże.
Co w życiu cenisz sobie najbardziej? Przede wszystkim bardzo sobie cenię swoją prywatność i rodzinę - to jak moja żona potrafi stworzyć dom, który mamy, to jak potrafi wychować syna, któremu poświęca cały czas i to jest dla mnie bardzo ważne. Czuję taką oazę spokoju, taką enklawę, gdzie mogę sobie spokojnie odpocząć, gdzie możemy porozmawiać na każdy temat. Moja żona bardzo żyje tym co ja robię. Martwi się, dzwoni po każdym meczu – czasami nawet jeszcze nie zdążę wejść do szatni i już mam od niej telefon. Czasami nie chciałbym rozmawiać z nią na temat piłki, choć wiem, że ona bardzo chce wiedzieć co jest, jak jest, a ja czasem wolę iść z nią na spacer, wziąć Antosia, wziąć psa i pospacerować sobie, żeby pouciekały od nas jakieś niepotrzebne myśli i umysł był taki świeższy. Wtedy żebyśmy wiedzieli, że jesteśmy razem, kochamy się i zawsze możemy na siebie liczyć.
Powiedz coś więcej o Antosiu.Antoś 26 lutego skończył trzy latka. Na razie mieszkamy z teściami i powiem szczerze, że jest super – bo i Antoś ma z kim zostać i dużo się uczy od dziadziusia – ale wykańczamy już nasze mieszkanie w Kielcach i tam chcemy się niedługo przeprowadzić. Antoś z dziadziusiem lubi oglądać boks i później wszystkich wokoło boksuje, ale poznaliśmy co znaczy być na swoim, bo i w Janikowie i w Katowicach mieszkaliśmy sami i chcielibyśmy już stworzyć taki swój własny dom. Potrafimy stworzyć taką rodzinę, że idziemy rano po zakupy, później śniadanie, obiad, wspólny spacer, aby spędzać razem jak najwięcej tego czasu. Jeśli chodzi o Antosia, to nie mam w sobie żadnych takich nakazów, że ma kopać piłkę i już. Nie powiem, że nie kopie, ale najbardziej to chyba lubi biegać po świeżym powietrzu jak idziemy razem na spacer. Moja zona Ania jest bardzo pedantyczna, zawsze Antoś ma czyściutkie buty, spodnie, a jak wchodzimy do lasu to jest zaraz takie ”bum” – kolana brudne, jeszcze się o swoją białą kurteczkę wytrze i jak to dziecko, już nie jest taki czyściutki (śmiech). Zachowuje się jak normalny trzylatek.
Najczęściej oglądane bajki przez tatę i syna to?Bajki ogląda, a w zasadzie oglądamy - szczególnie na MiniMini. Wiele ich jest. Ostatnio to „Tomek i przyjaciele”, „Strażak Sam”, „Listonosz Pat” - mogę wymieniać dalej… (śmiech), „Małgosia i buciczki”, „Ulica Sezamkowa”. Kupiliśmy mu również baśnie i czytamy. Jest „Czerwony kapturek”, „Alibaba i 40 rozbójników”. Słucha tego i później coś tam sobie pod noskiem sam mówi. Do tego „Calineczka”, „Śpiąca Królewna” - to są bajki, które staram mu się ciągle czytać.
A którymi zabawkami syna, najbardziej lubi bawić się tata? Antoś cieszy się ze wspólnych zabaw?Pamiętam, że jak po meczu przyjeżdżałem, to cieszył się, że jestem. Kupiliśmy mu takie zwykłe, drewniane tory i do tego dokupuje się części i ja mu zawsze buduję. Teraz jesteśmy na takim etapie, że jest pół pokoju zawalone tą ciuchcią i on się tym bawi. Teraz kupiliśmy kolejny zestaw lego i jest tym zafascynowany: układa jakąś farmę, jakąś policję, itp.
Ostatnio Ania pojechała na jakieś zakupy i ja zostałem z Antosiem, to nie ukrywam, że rozwaliliśmy wszystkie klocki na dywanie i zaczęliśmy układać i razem się bawić. Staram się mu też przekazać pewne rzeczy, bo musi się nauczyć, gdyż dopiero od września pójdzie do przedszkola. Czasami jest tak, że rozłożymy kolejki, wysypiemy lego, jeszcze jakieś maskotki do tego, a w kącie pies - Arbuz gdzieś tam leży przygnieciony tymi zabawkami, bo czasem Antoś tego naszego psa „maltretuje” i jest on biedny, a czasem przyjdzie do niego i się przytuli.
Opowiedz o swojej przygodzie z kadrą.Jeśli chodzi o moja przygodę z reprezentacją kraju to najpierw była U-21 - trener Ćmikiewicz brał mnie na konsultacje, a później zacząłem grać w meczach eliminacyjnych, gdzie strzeliłem chyba dwie czy trzy bramki. Zajęliśmy drugie miejsce w grupie i w 1/8 graliśmy z Włochami. W Warszawie przegraliśmy 2:5, ale naprawdę mieli taki skład wtedy…, pamiętam, że dosyć dobrze został wtedy w głowie Pirlo. Potem dostałem powołanie od trenera Engela na mecz kadry ligowców z Wyspami Owczymi. Grałem wtedy 45 minut wygraliśmy 2:1 i pamiętam, że padało.
W tym meczu bramkę straciliście po nieudanej pułapce ofsajdowej. Jak to jest z tym elementem gry?Ja już się nauczyłem, że nie robię pułapek ofsajdowych. To jest takie trochę lenistwo obrońcy, więc ja wolę zawsze dać ten jeden krok do tyłu, niż dwa do przodu. Każdy może podnieść rękę do góry, a ta interpretacja spalonego ciągle się zmienia. Sędzia też jest tylko człowiekiem i nie da się przypisać do tej interpretacji jednego szablonu. Dlatego staram się tego nie robić i jeżeli jest spalony to to musi wynikać z jakiegoś błędu drużyny przeciwnej, a nie naszego błędu. Dlatego kiedy gram, to wydaje mi się, że spalone nie wchodzą w rachubę. Ryzyko można podejmować, jeżeli jest to 80 minuta – przegrywamy 0:1, a zależy nam na zwycięstwie. Najlepszy przykład: Lech Poznań w Pucharze UEFA kiedy stracił drugą bramkę. Bo podjął rękawicę, był błąd, ale wcześniej mogło być też pięć spalonych.
Zawsze grałeś w formacjach obronnych?Grałem w pomocy i w seniorach w Janikowie również była to formacja pomocy. Później delikatnie przesunięto mnie na prawą pomoc, ale przyszedł trener Wandowicz i znalazł mi miejsce na prawej obronie. W Elanie Toruń, Polonii Warszawa, Widzewie czy na początku w Janikowie grałem właśnie na prawej obronie, a czasem i na lewej. Później, chyba trener Tyszkiewicz we Włocławku, przesunął mnie w kierunku tego stopera. Na tej pozycji gram już od jakichś 4-5 lat.
Obrońcy chyba najczęściej oglądają kartki od sędziego?Wydaje mi się, że jeśli chodzi o kartki w moim przypadku to ja je dostaje z głupoty (śmiech). Bo rozumiem faul w ferworze walki, ale inne sytuacje to już głupota. Pamiętam, że chyba w pierwszym meczu – ze Stalą Poniatowa – dostałem kartkę za faul, ale to też była głupota, bo z tego co pamiętam, to prowadziliśmy już 2:0, więc to było niepotrzebne.
Skoro pamiętasz mecz ze Stalą Poniatowa, to pewnie pamiętasz też mecz z Okocimskim Brzesko, w którym zdobyłeś bramkę?Tak, pamiętam mecz z Okocimskim Brzesko. Takie bramki to jest takie lenistwo (śmiech). To jest kwestia ustawienia, przesunięcia się i takie bramki też wpadają. Jak się uda je zdobyć to tylko wypada się cieszyć (śmiech).
Obrońca też ma instynkt do strzelania goli?W sparingu z Dolcanem Ząbki udało mi się strzelić bramkę. Pamiętam, że w reprezentacji czy w klubach to kilka tych bramek się trafiło. Strzeliłem dwie bardzo ważne bramki w Pucharze Polski, kiedy ten puchar zdobywaliśmy, ale jestem zawodnikiem, który nie zapędza się za bardzo pod pole karne przeciwnika, choć to lubię. Czasem jest w człowieku takie coś, że po prostu czeka na taką piłkę i właśnie ostatnio z Dolcanem tak czułem, że można coś zrobić. Piłka mi spadła, więc strzeliłem – zdarza się (śmiech). Jest taki instynkt, żeby się w odpowiednim miejscu na boisku znaleźć.
Wtedy jest tylko chęć strzelenia bramki – nie ważne jak, po prostu strzelić. Nie myśli się wtedy o niczym innym.
A gdy nie uda się strzelić gola i idzie kontra? Ja mam coś takiego zakodowane, że wtedy na pięcie się odwracam i tyle ile fabryka dała wykorzystuje, żeby ta piłka wyszła na aut i odpowiednio się ustawić. Jedno jest pewne – wtedy jest max, tyle ile w nogach, płucach i trzeba zasuwać. Może dlatego, że jestem obrońcą. Gdybym był napastnikiem może troszkę inaczej bym do tego podchodził. Chociaż kanar biega wszędzie, jak taki pies puszczony ze smyczy (śmiech). Jest tu i tam i wszędzie go pełno. Ja wiem po sobie, że jak na przykład jest rzut rożny i jakaś strata, to wtedy jest tylko gaz do przodu, mimo, ze mam nawet 20 metrów straty. Człowiek jest na boisku, na tej pozycji i ma pewne obowiązki, więc musi to zrobić. Ja mam taką robotę do wykonania, żeby nie dopuścić do stracenia bramki za wszelką cenę. Jeżeli jestem za gościem i widzę, że on biegnie nawet do pustej bramki, to ja mam obowiązek za nim biec.
Na co przeznaczyłeś pierwsze zarobione w piłce pieniądze?Pierwsze pieniądze jakie zarobiłem to były w juniorach w Janikowie. Pamiętam, że dostawaliśmy pieniądze za treningi, jakieś premie meczowe. To były drobne kwoty na jakieś moje potrzeby: iść z kolegami na hamburgera, pizzę czy gdzieś wyjść posiedzieć, pogadać. Natomiast takie pierwsze pieniądze, kiedy już byłem zawodnikiem kontraktowym, profesjonalnym, to było w Elanie Toruń, pamiętam, że wspólnie z rodzicami kupiłem na raty samochód marki Daewoo Tico. Do dzisiaj ten samochód jest w rodzinie. Ojciec nim jeździ i twierdzi, że się bardzo dobrze sprawuje. Później pieniądze były wydane na mieszkanie, na drugi samochód, potem na urządzenie mieszkania, na zakup działki. Same poważne zakupy (śmiech). Później jak Ania była w ciąży z Antosiem, to bardzo dużo rzeczy kupowaliśmy dla syna.
Gdzie lubisz wyjechać na odpoczynek?Byliśmy z Anią parę razy w górach na święta, na Sylwestrze. Żona mnie tak zaciągnęła w stronę gór i powiem szczerze, że bardzo mi się tam podoba. Ja również bardzo lubię morze i w tym roku planujemy właśnie wakacje nad morzem. Będzie awans i będzie co świętować – taką mam nadzieję.
Uczestniczysz w żartach w szatni z kolegami?Ja za bardzo nie wykręcam chłopakom numerów, chociaż lubię pożartować, ale to bardziej coś powiedzieć, jakąś szpileczkę wbić, ale delikatną, ponieważ nie chcę, żeby ktoś coś źle odebrał. Nie jestem człowiekiem konfliktowym. Czasami są takie łańcuszki, że ktoś coś namaluje, ktoś coś powie, ktoś prześle dalej (śmiech). W domu również często lubimy się podroczyć z Anią. Czasami wkracza w to wszystko Antoś i nas rozdziela, ponieważ myśli, że coś na poważnie robimy. Jestem typem człowieka, który z uśmiechem idzie przez życie.
Po kim charakter odziedziczył Antoś? Po mamie, czy tacie?Syn trochę się wrodził we mnie, trochę w Anię. Charakterek ma taki, że jest bardzo miły, powie dziękuję, proszę. Na pytanie czy chce czekoladkę, odpowie: tak, proszę, ale jak coś go zdenerwuje, to nie ma przeproś i lepiej uciekać. Musieliśmy mu ostatnio wprowadzić ”karny jeżyk”. Teściowie mają w domu taką ławeczkę. Siada na tą ławeczkę, tu łzy lecą a Antoś mówi: poproszę chusteczkę. Jest niesamowity urwis, ale przy tym potrafi być bardzo milutki. Rano zawsze wstaje uśmiechnięty i zadowolony.
Jesteście kolektywem, który ma jeden cel?W szatni sobie czasami żartujemy, że Ty to jesteś kolega z pracy, ale na boisku zakładamy takie same koszulki, jesteśmy w tych samych barwach i nie możemy sobie pozwolić na jakieś niesnaski. Poza boiskiem można się mniej lub bardziej lubić, ale na boisku jedziemy na tym samym wózku. Tym bardziej teraz, kiedy dla nas wszystkich najważniejszym jest, żeby zrobić awans dla tego miasta, dla tych wszystkich ludzi. Każdy ma też swoje ambicje i każdy chce też poczuć tego chleba z boiska wyższej ligi. Każdy mówi ze fajnie się gra na KSZO, bo są kibice, trybuny, światła, a następnie jedzie gdzieś gdzie jest pięć rzędów ławek. Każdy z nas ma te marzenia. Ja grałem przy 50 tysięcznej publiczności z Panathinaikosem Ateny, gdzie atmosfera była wspaniała. Piłka wychodziła na aut, zawodnik zrobił wślizg żeby ją obronić jeszcze, a tu wszyscy wstają i biją brawa. To zarówno wtedy jak i teraz gdy to opowiadam mam gęsią skórkę. To było wspaniałe przeżycie. Później byłem na trybunach na meczu Polska- Francja na Stade de France. Dookoła 75 tysięcy ludzi. Ja się czułem jak kibic zarówno reprezentacji Polski jak i Francji. Tak samo Michał Stachurski, który dopiero zaczyna raczkować w tej piłce seniorskiej, jak i Tomek Dymanowski, który już ma te swoje lata, ale każdy z nas chciałby być na takim meczu, a jeszcze bardziej w nim uczestniczyć, żeby to przeżyć, żeby poczuć magię tego widowiska.
Michał Stachurski - kolega z obrony, aż kipi energią.Stasiu ma ogromne chęci do gry i to jest fajne, bo on siedząc się męczy, a podczas gry odpoczywa. To nawet widać w szatni, jak on się męczy, gdy musi siedzieć. On musi chodzić, kozłować piłkę, cokolwiek, byle robić, ale jako piłkarz ma naprawdę ogromny potencjał. Trzeba go tylko jeszcze ułożyć piłkarsko, taktycznie i myślę, że nie zagrzeje za długo miejsca w Ostrowcu, bo jest pewnie kilka klubów, które chciałyby go sprawdzić u siebie.
Czym różni się mecz sparingowy od ligowego?Do sparingów człowiek podchodzi z takim pewnym dystansem, ciężko pracuje na treningach. Jak jest liga, wiadomo, że do środy są ciężkie treningi, czwartek już jest bardziej pod taktykę, piątek taki bardzie trening na rozruszanie. W sparingu, tak myślę, każdy się bardziej martwi, żeby się nic nie stało, żeby nie przytrafiła się jakaś kontuzja. Człowiek wtedy wyskakuje załóżmy na tydzień - dwa, później żeby to nadrobić, potrzeba czasu i okazuje się, że pięć kolejek minęło, zanim wróci się do składu, żeby grać. Sparingi różnią się też tym, że przeważnie grane są bez jakiegoś obciążenia psychicznego, w mistrzowskim więcej jest tego obciążenia, tej adrenaliny, takiego szachowania się.
Obrona w przerwie zimowej nie osłabiła się.W drużynie jest rywalizacja. Każdy z nas zasługuje na to, żeby grać. Teraz w środku obrony jest ogromny potencjał. Jestem ja, jest Szymek, jest Kardi, Skóra i każdy z nas zasługuje na to, żeby grać i myślę, że jest to taki pozytywny ból głowy trenera. Dobrze byłoby, żeby tak było na każdej pozycji, bo wtedy się rywalizuje i jest łatwiej, ale tak to jest skonstruowane, że nie wszędzie jest takie dublowanie. Niektórzy potrzebują czuć taki oddech na plecach, że ty grasz dobrze, to i ja się poprawiam. Gdy jest np. jakaś kartka, czy kontuzja, to zawodnik wchodzi na zmianę i od razu jest w tej maszynie. A niektórzy mają znowu tak, że lepiej się czują gdy grając na jakiejś pozycji, nie muszą rywalizować i mają luz psychiczny i większą wenę twórczą, nie zamykają się w sobie. I wrzuci piłkę, zagra, kiwnie.
Do kadry dołączyło ostatnio dwóch młodych wychowanków MKS KSZO Junior. Jak postrzegasz przejście z juniora do seniora?Ja tych chłopaków widziałem tyle co w meczach sparingowych przeciwko nam, no i teraz na treningach, ale jeśli trafili do pierwszego zespołu, to muszą być ten stopień, czy dwa wyżej w tej piłce juniorskiej od swoich kolegów. Wydaje mi się, że dobrze trafili, bo mają się od kogo uczyć, podpatrywać. Mogę to powiedzieć na własnym przykładzie, gdzie mając 20 lat poszedłem do polonii i tam w obronie byli zawodnicy z ogromnym doświadczeniem i miałem okazję się od nich uczyć boiskowych zagrań, zachowań jak i boiskowego cwaniactwa. Tu jest taki zespół i taki trener, że nikogo nie hamuje przed tym, żeby grał dobrze i może się okazać, że w trzeciej, czy czwartej kolejce jeśli będą się dobrze prezentować, mogą wejść i grać. Jest potrzeba w zespole zachowania pewnej ciągłości, żeby się nie okazało, że odchodzi sześciu zawodników a nie ma zaplecza.
Masz jakieś swoje piłkarskie sztuczki na boisku?Nie, nie mam jakichś takich sztuczek. Wiadomo, że jest tam jakieś szczypanie, jakieś delikatne sztuczki. Niektórzy stają na stopie rywala przy rzucie rożnym, ale mi się wydaje, że to już jest nie na miejscu. Jeśli już trzeba, staram się wybić z rytmu zawodnika innymi metodami. Czasami ból jest do zniesienia, schodzę z boiska i nic nie czuję, a w domu nie mogę się ruszyć. Ból jest do zniesienia. Moim zdaniem najlepsze są rzeczy, które irytują i to jest fajne (śmiech). Uczyłem się tego od niektórych piłkarzy (śmiech). Jest to potrzebne na boisku. Gramy w lidze, gdzie jest wielu doświadczonych zawodników, którzy grali w pierwszej lidze. My musimy się zmobilizować jako drużyna, bo będziemy jechać na ciężkie wyjazdy, np. do Stróży, czy Nowego Sącza i żebyśmy nie dali się jako drużyna sprowokować. To będzie na plus dla nas. Musimy iść z kamienną twarzą, z uśmiechem na twarzy iść do przodu i niczym się nie przejmować. Graliśmy taki wydaje mi się ciężki mecz z Wigrami. Pojechaliśmy tam i wiedzieliśmy po co gramy. Zrobiliśmy swoją robotę, wygraliśmy 1:0.
Co czujesz, gdy nie dotknąłeś przeciwnika, a sędzia gwiżdże faul ?Czuję bezradność. Naprawdę. Bezradność swoją i w pewnym momencie czuję się bardzo zły. Ja wiem, że po gwizdku nie ma już żadnego gadania, że ok. nie ma faulu. Czuję bezradność a jednocześnie głupotę sędziego, który czegoś nie zauważył, dał się oszukać. Czasami jest tak, że człowiek się ciągnie, i czasami a to zagwizda dla obrońcy, a to dla napastnika. Ale wtedy wiem, że po prostu wybrał taką decyzję, ale jeśli są dziwne decyzje, to naprawdę jest bezsilność i ogromna wściekłość. Staram się nie faulować blisko bramki a w takim wypadku w ogóle unikać jakiegokolwiek kontaktu. Po takiej decyzji idę tą samą drogą, wiem, że nie zrobiłem nic złego, ewentualnie można tego zawodnika inaczej utemperować. Najlepiej jak się gra właśnie z takimi cwaniakami. On próbuje coś zrobić, powiedzieć, a ja wiem, że to są tylko słowa i to co on mówi, puszczam mimo uszu, a to chyba bardziej gotuje tą osobę. Ja mam duży dystans do tego co robię i do piłki i do życia. Podchodzę tylko do całości, że najważniejszy jest ten końcowy sukces, a jakieś tam półśrodki to są nieważne. Najważniejsze, żeby po 90 minutach móc powiedzieć takiemu cwaniakowi: zobacz jaki jest wynik i to jest taka wisienka na torcie.
Rozmawiali:
Anna Woźniak i Rafał Soboń